Kategorie

Naszym miastom potrzebny jest pozytywny impuls

Jednym z głównych haseł praktycznie wszystkich ugrupowań od lat jest niwelowanie historycznego podziału na Polskę A i Polskę B. Było to priorytetem już w czasach przedwojennych, gdy ojciec Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego Eugeniusz Kwiatkowski wprowadzał w życie śmiały plan uprzemysłowienia kraju. Plan przerwany przez wojnę, ale który później kontynuowany z powodzeniem w  Polsce Ludowej stworzył setki tysięcy miejsc pracy w przemyśle i pozostawił – także  w naszym regionie – trwałe ślady w postaci chociażby przemysłu lotniczego (WSK Rzeszów i Świdnik) czy szeroko pojętego przemysłu zbrojeniowego.

Dokonania zarówno II RP jak i PRL w zakresie likwidacji podziału Polski na część uprzemysłowioną i rozwijającą się oraz część zacofaną, biedną, pozbawioną nadziei przetrwały w III RP, mimo, że wielu polityków usiłowało owoce pracy kilku pokoleń Polaków zmarnotrawić. Niestety wiele pozostaje do zrobienia. Lata transformacji ustrojowej pozostawiły niestety po sobie silne piętno, z którym trzeba się uporać. Negatywne zjawiska takie jak emigracja zwłaszcza młodych ludzi, wysokie bezrobocie, upadek szkolnictwa zawodowego, brak perspektyw doprowadziły do upadku szereg miejscowości.

Z wielkim bólem patrzę na bardzo mi bliski Tarnobrzeg, miasto z pięknymi tradycjami, które nadal ma problemy z otrząśnięciem się z sytuacji w jakiej znalazło się w ostatnim ćwierćwieczu. Obniżenie rangi miasta z wojewódzkiego do powiatowego, faktyczna likwidacja potężnego niegdyś przemysłu siarkowego aż nadto odbiły się na jego sytuacji. Maleje liczba mieszkańców, którzy szukają perspektyw nie tylko za granicą, ale również w nieodległych miejscowościach, które znacznie lepiej poradziły sobie z transformacją i lepiej wykorzystują swoje szanse. Uciekają ludzie wykształceni, ucieka mały i średni biznes, nie przybywa miejsc pracy. Tarnobrzeg po „25 latach wolności” nie jest miastem, które wolności może się w pełni cieszyć.

Jak będą wyglądać nasze miasta, gminy nie zależy od tego, czy dany burmistrz, prezydent  lub wójt są cudotwórcami, potrafiącymi w ciągu kadencji z niczego stworzyć metropolię. Ale na pewno zależy od tego jak włodarz danego potrafi wykorzystać walory swej miejscowości, zapał mieszkańców, tkwiący w nich potencjał. Siłą rzeczy odniosę się do rodzinnego miasta – Rzeszowa, gdzie 12 lat rządów Tadeusza Ferenca, odmieniło stolicę województwa, czyniąc z niej poważne centrum kulturalne, społeczne i gospodarcze regionu. Mocno wierzę, że w ślady Rzeszowa mogą iść inne miejscowości regionu, dzisiaj borykające się z licznymi trudnościami. Przytaczanemu przeze mnie Tarnobrzegowi i szeregowi innych, podkarpackich miast i miasteczek potrzebny jest pozytywny impuls. Wierzę, że mocnym impulsem będą tegoroczne wybory samorządowe.

Nie możemy bezczynnie patrzeć na gloryfikację zbrodniarzy

Na Ukrainie wzmaga fala nacjonalizmu, wspieranego niestety przez niektórych przedstawicieli tamtejszych władz. Niepokoją szczególnie nasilające się próby gloryfikacji zbrodni popełnionych przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii na ludności polskiej, zwłaszcza ostatni przypadek ustanowienia dnia powstania UPA świętem narodowym Ukrainy.
Polskie elity w sposób jednoznaczny od lat wspierają demokratyczne i proeuropejskie aspiracje Ukraińców, dlatego też Polska ma prawo oczekiwać od swych sąsiadów szacunku i zrozumienia. Zrozumienia także naszego niepokoju w związku z gloryfikowaniem osób i sił kojarzących się wielu Polakom ze zbrodnią i cierpieniem.
Pamięć o przeszłości jest wciąż żywa także na Podkarpaciu. W tym zakątku Polski wojna trwała bowiem trzy lata dłużej. Żyją jeszcze świadkowie zbrodniczych pacyfikacji, napadów. W wielu rodzinach żywa jest pamięć o bestialsko zamordowanych najbliższych.
Dlatego też należy oczekiwać od władz Rzeczypospolitej, że odpowiednio zareagują na rosnący nacjonalizm w sąsiednim kraju i wypowiedzi niektórych przedstawicieli jego organów państwowych. Dobrosąsiedzka współpraca nie może oznaczać przemilczania trudnej historii.

Barwy narodowe nie mogą być kodowane

Skandal – bo inaczej nie można tego nazwać – z kodowaniem Mistrzostw Świata w  siatkówce musi być nauczką na przyszłość. Sytuacja, gdy zwykły telewidz obowiązany do płacenia  abonamentu telewizyjnego (przypomnę, że niedługo – zgodnie z rządowymi planami – płacić go będą wszyscy wraz z prądem) nie może oglądać występów narodowej reprezentacji nie może się powtórzyć. I dobrze, że w parlamencie planowane są odpowiednie zmiany w prawie, które zakładają, że występy biało-czerwonych w określonych dyscyplinach i rozgrywkach będą mogły być transmitowane jedynie w kanałach ogólnodostępnych.

Mniejsza o to, kto odpowiada za zamieszanie przy obecnych Mistrzostwach Świata w siatkówce. Nie czas już roztrząsać czy to wina Polsatu, TVP czy samego (jeszcze) premiera Tuska.  Szkoda tylko, że takiej imprezie rozgrywanej przecież w Polsce oprócz emocji związanych ze świetnymi występami naszych siatkarzy towarzyszą nerwy publiczności pozbawionej możliwości oglądania transmisji. W wielu innych krajach już dawno tą kwestię rozwiązano i w dyscyplinach uważanych za narodowe nie ma możliwości ograniczania dostępu do transmisji. Osobiście uważam, że ogólnodostępność powinna dotyczyć WSZYSTKICH dyscyplin (zarówno rozgrywek męskich jak i kobiecych) rangi mistrzowskiej. Sportowcy są ambasadorami naszego kraju, sport jest promocją państwa. Musimy mieć prawo do oglądania występów sportowców z orłem na piersi, cieszyć się – mam nadzieję – jak najczęstszym wykonywaniem Mazurka Dąbrowskiego. Zaś narodowych barw i ludzi, którzy je reprezentują nie wolno kodować.

Majstrowanie przy prawie pracy

Rząd po cichu, bez rozgłosu planuje zmiany w kodeksie pracy, które faktycznie przywracają pracujące soboty.  O ile dotychczas pracownik za dodatkowy dzień pracy otrzymywał obligatoryjnie dzień wolny o tyle teraz zamiast wolnego będzie mógł liczyć na dodatkowe wynagrodzenie.

Rządowy pomysł to nic więcej jak ciche wycofywanie się z ustawowego pięciodniowego tygodnia pracy. To faktyczne przymuszanie pracowników do pracy w dni obecnie wolne, z oczywistą szkodą dla jego zdrowia, życia osobistego i rodzinnego. I nie zrekompensuje tego wynagrodzenie, w dodatku niewielkie. Pomysłodawcy twierdzą, że pracownik za dodatkowy dzień zarobi nieco ponad 100 złotych. Ale uwaga! Wtedy, gdy jego płaca oscyluje wokół średniej krajowej, dzisiaj wynoszącej ponad 4 tys. złotych brutto. Ile osób tyle zarabia? Jakie w rzeczywistości będą więc dodatkowe dochody np. pracownic dyskontów i hipermarketów i tak już przymuszanych do dłuższej pracy, na śmieciowych umowach?

Liberałowie uwielbiają majstrować przy prawie pracy i robią wszystko, by wyeliminować albo ograniczyć zdobycze socjalne, które stały się normą w cywilizowanym świecie. Temu służyło nie tak dawne zmienianie zasad rozliczania godzin nadliczbowych, czy wydłużenie wieku emerytalnego. Teraz mamy do czynienia z zamachem na wolne soboty.  A największym paradoksem jest fakt, że w pracowników biją ci, którzy hucznie obchodzili nie tak dawno „25-lecie wolności”, ci którzy gardłują o ideałach Sierpnia’80. Zapominając, że to właśnie ten wielki ruch społęczny zrodzony w 1980 roku wywalczył prawo do wolnych sobót.

Lewica Razem – ku wyborczemu zwycięstwu

W sobotę oficjalnie rozpoczęliśmy kampanię wyborczą do samorządu. Pod szyldem „Lewica Razem” staje kilkadziesiąt podmiotów politycznych i społecznych: partie polityczne, stowarzyszenia, związki zawodowe. Szeroko pojęta lewica grupująca różne środowiska staje wspólnie do batalii, której celem jest zwycięstwo w samorządowych wyborach, wyborach niezwykle istotnych, bo decydujących o tym, jak przez najbliższe cztery lata wyglądać będą nasze województwa, miasta, gminy, powiaty.

Lewica staje do wyborów razem, by w nowych samorządach jak najbardziej słyszalny był głos społeczeństwa. Lewica gwarantuje, że ten głos będzie słyszalny, gdy w samorządach różnego szczebla zasiądą ludzie doświadczeni, ludzie którzy nad własny interes czy interes określonej koterii przekładają interes społeczny. Na Podkarpaciu, często określanym jako bastion prawicy, ludzie związani z lewicą wielokrotnie pokazywali swą wartość i oddanie dla lokalnych spraw. Wierze, że tak będzie i tym razem. Do wyborów  idą osoby zaprawione w działalności na rzecz lokalnych społecznych, nie polityczni celebryci, którym zależy na rozwoju swych miejscowości, na poprawie losu mieszkańców na niwelowaniu różnic między Polską A i Polską B.

Pamięci Marka Czarnoty

Pożegnaliśmy człowieka, który za życia stał się legendą Rzeszowa. Marek Czarnota – współtwórca słynnego kabaretu „Meluzyna”, niezrównany gawędziarz i popularyzator znanej i nieznanej historii regionu, autor setek audycji radiowych i telewizyjnych oraz kilkunastu książek. Człowiek-instytucja. Był niezwykle barwną postacią, w niezwykły sposób zaszczepiał w nas lokalny patriotyzm, miłość do naszej małej Ojczyzny. Trudno pogodzić się z Jego odejściem, ale wiemy, że Jego dorobek nie zostanie ani zmarnowany ani zapomniany. O tym jak za życia już ceniono Marka Czarnotę świadczy fakt, że niemal natychmiast pojawiły się z różnych stron postulaty godnego upamiętnienia tego wybitnego Rzeszowianina. Rzadko się zdarza taka jednomyślność. Jestem przekonany, że już niedługo doczekamy się ulicy Jego imienia. A mi się jeszcze marzy, że może na 3 Maja – reprezentacyjnej ulicy Rzeszowa – obok pomnika Tadeusza Nalepy stanie również postać Marka Czarnoty, który – jak to robił przez dziesięciolecia – przenikliwym spojrzeniem omiatać będzie centrum ukochanego miasta i patrzeć na rozwój swojego Rzeszowa..

Jedna lewica idzie do wyborów

   To, że z list SLD w najbliższych wyborach samorządowych nie wystartują działacze Twojego Ruchu Janusza Palikota nie oznacza, że – jak chcieliby niektórzy – lewica pójdzie do tych wyborów podzielona. Zarówno sondaże wyborcze jak i widoczna na co dzień aktywność pokazują, że SLD jest jedyną na polskiej scenie polityczną, realną siłą po lewej stronie.
Na listach SLD znajdą się ludzie różnych środowisk których z Sojuszem Lewicy Demokratycznej wiąże wspólna wizja przyszłości województw, miast, powiatów i gmin, łączy troska o lokalne środowiska. Z list Sojuszu wystartują ludzie sprawdzeni, doświadczeni, cieszący się zaufaniem. Ludzie dla których stwierdzenie „po pierwsze człowiek” nie jest pustym sloganem.
Janusz Palikot mógł iść do wyborów z SLD, z szansy jednak nie skorzystał. Wybrał własne ambicje i nadzieje na utrzymanie na scenie politycznej swej słabnącej formacji. A słabnącej dlatego, że duża część wyborców o lewicowych poglądach obserwując poczynania Palikota przekonała się, że dla niego polityka to nie realizacja określonych celów w imię określonych wartości, ale gra, happening. Chwilowy sukces Palikota opierał się na populiźmie wspartym hałaśliwym public relation, który na dłuższą metę stał się mało strawny.
Janusz Palikot udowodnił jak daleko mu do lewicy chociażby głosując za podwyższeniem wieku emerytalnego. Ostatnio ogłosił się fanem Otwartych Funduszy Emerytalnych. No cóż, stanął w jednym szeregu z ze swoim imiennikiem – Korwinem-Mikke. O tym, że forma ugrupowania Palikota od treści znacznie odbiega można się przekonać na przykładzie liderki Twojego Ruchu na Podkarpaciu. Marta Niewczas znalazła się ostatnio na niesławnej liście polityków-homofobów za swe – delikatnie mówiąc – niemądre wypowiedzi na temat posłanki Anny Grodzkiej jak również zapowiedzi, że nie zgodziłaby się na „paradę równości” w Rzeszowie, Pani Marta znalazła się na owej liście w tak doborowym towarzystwie „gwiazd” ultraprawicy jak Wojciech Cejrowski czy Waldemar Łysiak. No cóż, tylko pogratulować. Chociaż z drugiej strony nie musi to dziwić, jeżeli przypomnimy sobie, że parę lat temu Palikot był chlebodawcą innego katolicko-narodowego celebryty Tomasza Terlikowskiego. „Po owocach ich poznacie” – głosi Ewangelia Św. Mateusza. Owoce Ruchu Polityka nie są ani świeże, ani dojrzałe i nie znajdziemy w nich ani krztyny lewicowej czerwieni.

Rambo Palikot

Janusz Palikot w swym politycznym żywocie wymachiwał już wieloma rzeczami: sztucznym penisem, pistoletem, „małpką” wódki, skrętem marihuany. Teraz przyszedł czas na wymahiwanie szabelką. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” lider Twojego Ruchu zaczyna snuć wizję… zbrojnej interwencji na Ukrainie, wysłania tam wzorem Iraku czy Afganistanu wojsk NATO, oczywiście z polskim udziałem.
Wizja Palikots wkraczającego na czołgu do Kijowa może byłaby iśmieszna, gdyby nie groźna, bo wypowiadana z ust polityka, który głośno wyraza swe aspiracje do piastowania w kraju najważniejszych funkcji i co jakiś czas odtrąbia kolejny sukces swojego ugrupowania, mimo, że z jego obozu uciekają kolejne osoby.
W czasie ukraińskiego kryzysu, który z niepokojem i uwagą, chociażby ze względu na wspólne granice i wielowiekowe związki ze wschodnim sąsiadem, był w Polsce obserwowany, nie słychać było jakoś konstruktywnych propozycji Palikota co do sposobu uprawiania polskiej polityki wobec Ukrainy. Ale ponieważ wybory za pasem Palikot postanowił w swoim stylu zaistnieć w mediach. Zaistniał na chwilę marzeniami po powtórce wyprawy na Kijów.
Mimo wielu różnic, główne polskie ugrupowania w miarę podobnie odniosły się do sytuacji na Ukrainie, wskazując na konieczność pokojowego rozwiązania konfliktu, ale w sposób taki jaki wybiorą sami Ukraińcy. Nikt rozsądny poza Palikotem nie bredził o interwencji. Ale może lider Twojego Ruchu balansującego na granicy progu wyborczego tylko w ten sposób widzi możliwość dochodzenia do władzy?

Wielka gra Owsiaka i jazgot skrajnej prawicy

Za nami 22 Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – największej w Polsce i jednej z większych w Europie imprez charytatywnych. Przez te ponad dwie dekady przekonaliśmy się jak grupka zapaleńców z Jurkiem Owsiakiem na czele potrafi potrząsnąć ludzkimi sercami i kieszeniami, bardzo mocno wspierając przy tym kulejącą służbę zdrowia. Wystarczy przejść się po szpitalnych oddziałach położniczych, dziecięcych i zobaczyć efekt 22-letniej działalności Owsiaka. Większość sprzętu obklejona charakterystycznymi serduszkami. Niestety działalność Jurka wyraźnie kole w oczy część prawicy. Mający pełne usta frazesów o Bogu i miłości do bliźniego prawicowi politycy i publicyści nie od dzisiaj wylewają kubły pomyj na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. W prawicowych publikatorach zaroiło się od „wyliczeń” z których ma rzekomo wynikać, iż Fundacja jedynie niewielką część pieniędzy ze zbiórek przeznacza na zakup sprzętu. Owe „dane” sprytnie zmanipulowane zostały natychmiast obalone za pomocą dokumentów, ale prawica wie swoje. Oto poseł Artur Górski, ciężko chory na białaczkę, błaga o pomoc, jednocześnie odmawia tej pomocy chorym dzieciom, oto poseł Pawłowicz (ta która wywołała ulgę u estetów deklaracją, że nie będzie się w przeciwieństwie do Agnieszki Radwańskiej rozbierać przed kamerami) krzyczy, by ani grosza nie wrzucać do puszek. Tym samym jadem plują na Owsiaka takie tuzy prawicowej propagandy jak Terlikowski, Pospieszalski czy bracia Karnowscy. Zwłaszcza ci ostatni niedawno dali pokaz „chrześcijańskiej miłości”, gdy z umierającego red. Andrzeja Turskiego zrobili pijaka. Do dzisiaj bliscy zmarłego dziennikarza nie usłyszeli słowa „przepraszam”, zaś Karnowscy głosy oburzenia po ich paszkwilach nazwali „wściekłym atakiem na niezależne media”.
Skrajna prawica uwielbia obrzucać błotem, deprecjonować wszelkie najbardziej chwalebne inicjatywy które nie mieszczą się w ich „bogoojczyźnianym” postrzeganiu świata. Na szczęście nie oni są większością. Na szczęście miliony Polaków i tak w styczniową niedzielę wrzucają pieniądze do puszek i dumnie chodzą z przyklejonym do płaszcza serduszkiem. I będą to robić dalej. Do końca świata i jeden dzień dłużej.

Marsz ku Polsce socjalnej, nie liberalnej

Jeden z ostatnich sondaży wskazuje, że jeżeli teraz doszłoby do wyborów na Sojusz Lewicy Demokratycznej zagłosowałoby 20 procent wyborców. To wskazuje, że – używając biblijnego określenia – po latach chudych, dla lewicy nadchodzą lata tłuste. SLD stało się na powrót poważnym graczem na scenie politycznej i wierzę, że rzeczywiście w 2015 roku – jak to pół żartem, pół serio powiedział przewodniczący Sojuszu – premier będzie miał na nazwisko Miller.
Rosnące notowania – jestem przekonany, że tendencja wzrostowa się utrzyma – wskazują na to, że Polacy mają dość dyktatu dwóch partii. Nie chcą już wybierać między policmajstrami z PiS a liberałami z PO. Polacy chcą naprawdę, nie tylko na sloganach – państwa przyjaznego, państwa w którym obywatel czuje się bezpiecznie. Bezpiecznie zarówno na ulicy, ale również bezpiecznie w domu za który jest w stanie zapłacić, gdzie ma pełną lodówkę. Polacy mają dość Kaczyńskiego i Macierewicza, mają dość Tuska i jego pretorian. I dlatego mam nadzieję, że za dwa lata naprawdę obudzimy się w nowej, lepszej Polsce. Cóż, wytrzymaliśmy dziewięć lat rządów POPiS, wytrzymamy jeszcze dwa. Przed nami na horyzoncie Polska. Nie nacjonalistyczna ani liberalna, tylko Polska sprawiedliwa i socjalna.